Golden Retriever- pamiętnik 2009r. Drukuj Email
niedziela, 21 grudnia 2008 03:08

Golden Retriever pamiętnik 2009r.

Ten rok jest pierwszym moim rokiem przeżytym w całości. I nie mam tu na myśli faktu, iż całe moje ciało żyło (jakkolwiek całe żyło, bo ciężko byłoby żyć bez nogi czy ogonka), tylko, że żyło ono od pierwszego dnia stycznia do ostatniego dnia grudnia. W poprzednim roku żyłam tylko od marca (bo wtedy się urodziłam), choć ponoć wcześniej żyłam w brzuszku mamy, ale tego akurat nie pamiętam. Jak by nie było- przeżyłam ten rok cały i raczej szczęśliwie, choć nie zawsze było miło.

Przykładowo- niemiło się zaczęło, bo w styczniu dowiedziałam się, że jestem chora i moje życie musi się zmienić. No i zmieniło się trochę. Wprawdzie nadal brykam i fikam, ale przez moje nieszczęsne łapki skończyło się aportowanie kijków i bieganie za frisby, za czym muszę się przyznać- tęsknię ogromnie. Ale nic to- bawimy się teraz troszkę inaczej i tyle. W lutym zaś, nasz czerwony potwór ściemniał i zabił niewinną istotę. Wprawdzie żałował, płakał (bo to, co wypływało spod maski to chyba były łzy), postarzał się nawet biedak (dostał zmarszczek na masce), ale już nic nie było w stanie zwrócić życia poległemu w walce Bambi. Mimo wszystko kochamy naszego potwora i po jego krótkiej rehabilitacji powróciliśmy do wspólnych podróży.

Dalsza część roku to już prawie same radosne wydarzenia. Jeszcze w lutym poznałam nowego kuzyna- Harrisa. Odtąd oprócz Luny miałam jeszcze jedną sztukę szczęk do wzajemnego podgryzania. W marcu obchodziłam swoje pierwsze urodzinki. Był tort i prezenty i uśmiechnięci rodzice. W maju dowiedziałam się, że już niedługo przestanę być jedynaczką, w związku z czym rozpoczęłam planowanie wspólnie spędzanego czasu z nowym członkiem stada. Niedługo potem tata odkrył bohaterską stronę swej duszy- stanął w obronie pana magistra inżyniera i obronił go. Potem w październiku czyn ten powtórzyła mama i teraz wyżej wspomniany pan jest już z pewnością należycie bezpieczny. Ale przed tym byliśmy na długim, nadmorskim leniuchowaniu i pałaszowaniu i opróżnianiu różnych puszek z cieczą. A po powrocie przeprowadziliśmy się do babci. Bo tatuś stracił pracę w Szczecinie i postanowili razem z mamą, że wracamy w ich rodzinne strony. W tych stronach tatuś od razu zajął się szukaniem pracy, a mama szukaniem mnie na spacerach, bo odtąd miałam do dyspozycji wielką łąkę przy babcinym domu. Wkrótce tata znalazł pracę, potem zmienił ją na lepszą. Zmienił się też wygląd mojego pamiętniczka, a także wygląd mamy. Mniej więcej od października paradowała już z wielce pokaźnym brzucholem i modliła się by czas szybko mijał, by brzuchowy potwór wreszcie  mógł bezpiecznie wyleźć. Od listopada mieszkamy w nowym domku, sami.

Mam tutaj większą przydomową łąkę niż u Babci, większe legowisko rodziców, dzięki czemu wszyscy się wygodnie wysypiamy. Brakowało mi tylko obecności innych bezsierściowców, ale szybko przyzwyczaiłam się do tego, że od teraz oni tylko wpadają z wizytą. Każda taka wizyta ogromnie mnie cieszy, a potem smuci gdy się kończy, ale cóż poradzić?

Ten rok zakończył się radośnie i szczęśliwie. Mam nadzieję, że przyszły rok cały będzie właśnie taki!

ryjek w błotkuna łące